Dlaczego unijne programy nie uratują polskiego transportu?
|

Francusko-marokańskie iluzje nad Wisłą. Dlaczego unijne programy nie uratują polskiego transportu?

Europejski sektor TSL dusi się z braku kierowców. W odpowiedzi na ten kryzys, unijne instytucje i międzynarodowe organizacje (takie jak IRU) z wielką pompą promują programy ułatwiające rekrutację z państw trzecich, na czele z inicjatywą SDM4EU (Skilled Driver Mobility for Europe). Komunikat płynący z Brukseli brzmi obiecująco: przetestujemy kierowcę z Pakistanu, Egiptu czy Maroka w jego kraju, damy mu certyfikat, a Wy, polscy pracodawcy, zyskacie gotowego pracownika.

Jednak dla każdego przewoźnika operującego na polskim rynku, który spróbuje przełożyć ten europejski entuzjazm na arkusz kalkulacyjny i polskie realia biurokratyczne, wniosek jest porażający. Oczekiwanie, że unijne „Blueprinty” rozwiążą nasze problemy kadrowe, jest fundamentalnym absurdem. To, co działa na linii Paryż-Rabat, w Polsce kończy się katastrofą logistyczną i finansową. Oto dlaczego.

1. Błąd logiczny: Polska to nie Francja (Bariera językowa)

Głównym założeniem programów takich jak SDM4EU jest transfer kierowców z krajów Afryki Północnej (Maroko, Tunezja, Egipt) na rynek europejski. Dla francuskich czy hiszpańskich przewoźników ma to sens – łączy ich wspólnota językowa lub zaszłości historyczne. Francuski dyspozytor bez problemu dogada się z marokańskim kierowcą.

Tymczasem polskim firmom proponuje się systemy testujące, w których kierowca zdaje teorię z przewozu ADR w języku urdu lub arabskim. To absurd z punktu widzenia bezpieczeństwa łańcucha dostaw. Nawet jeśli kandydat z Bangladeszu genialnie rozwiąże test w aplikacji, jak ma porozumieć się z polskim dyspozytorem przy ustalaniu trasy? Jak wytłumaczy niemieckiemu magazynierowi na rampie problemy z załadunkiem? W przypadku kolizji czy rozszczelnienia cysterny na autostradzie, zdolność do poinstruowania jednostek ratowniczych w technicznym języku angielskim (lub lokalnym) decyduje o życiu i milionowych stratach. Unijne programy pomijają ten ukryty koszt: polski pracodawca i tak będzie musiał zatrudnić obcojęzycznych spedytorów i inwestować w zaawansowane translatory, co pożre znaczną część marży.

2. Przepaść statystyczna: Kropla w morzu potrzeb

Zwolennicy egzotycznej rekrutacji zapominają o skali. Zgodnie z danymi GITD z końca 2023 roku, potęga polskiego transportu opiera się na 145 tysiącach kierowców ze Wschodu (Ukraińcy i Białorusini). Stanowią oni 90% cudzoziemskiej siły roboczej. Cała reszta obywateli z państw Azji i Afryki to zaledwie 17,5 tysiąca osób.

Z powodu mobilizacji wojskowej na Ukrainie straciliśmy z roku na rok 30% ukraińskiej kadry. Zastąpienie tego ubytku kierowcami z państw takich jak Pakistan czy Filipiny za pomocą obecnych procedur jest matematycznie i operacyjnie niemożliwe.

Mur konsularny, o którym Bruksela milczy

3. Mur konsularny, o którym Bruksela milczy

Program SDM4EU, dysponujący w pierwszej fazie wręcz symbolicznym budżetem niespełna 100 tysięcy euro, to wyłącznie inicjatywa analityczna. Tworzy ona ramy polityczne, ale nie ma absolutnie żadnej mocy sprawczej w polskich konsulatach.

Certyfikat IRU nie jest magicznym „fast-trackiem” do polskiej wizy pracowniczej. Polski MSZ traktuje aplikanta z Pakistanu z najwyższym rygorem bezpieczeństwa. Realia są brutalne:

  • W Islamabadzie obowiązuje system loteryjny – przewoźnik nie wie, czy wniosek jego kandydata w ogóle zostanie wylosowany do rozpatrzenia w danym kwartale.
  • W konsulacie w Rabacie (Maroko) weryfikacja jest tak drobiazgowa, że realny czas oczekiwania od momentu decyzji do przyjazdu kierowcy do Polski wynosi od 4 do nawet 8 miesięcy.

W nowoczesnej logistyce firma nie może pozwolić sobie na to, by ciężarówka generująca 60 000 PLN kosztów stałych miesięcznie stała pod płotem przez pół roku, podczas gdy polski urząd losuje terminy wizyt.

4. Sponsorowanie niemieckiego rynku (Job Hopping)

Największy dramat rozgrywa się jednak po udanym przejściu biurokratycznej gehenny. Polski przewoźnik finansuje ściągnięcie kierowcy z Azji, opłaca mu w Polsce kwalifikację wstępną (5000-6000 PLN), wyrabia Świadectwo Kierowcy i wysyła go w trasę.

W tym momencie kierowca z Filipin czy Indii, lądując na zachodnioeuropejskich parkingach, błyskawicznie orientuje się w dysproporcjach płacowych. Dochodzi do zjawiska job hoppingu – pracownik porzuca polskiego pracodawcę i przechodzi do szarej strefy w Niemczech lub Holandii. Polskie prawo, w tym umowy lojalnościowe, jest tu całkowicie bezradne. Wyegzekwowanie zwrotu kosztów szkolenia od obywatela państwa trzeciego, który zniknął na terytorium UE, jest prawną fikcją. W efekcie, polskie firmy logistyczne stają się darmowymi inkubatorami taniej siły roboczej dla Zachodu.

Podobne wpisy